Umarła Gigapedia – niech żyje Google Books!

W Res Publice Nowej ukazał się mój tekst Umarła Gigapedia – niech żyje Google Books!, gdzie interpretuję efekty zamknięcia tego globalnego repozytorium wiedzy.

Myślę, że zamykanie takich serwisów ma wymiar symboliczny – ich istnienie wyznacza pewne idee, paradygmaty myślenia o wiedzy i prawach autorskich. Dlatego też ich śledzenie może nam powiedzieć więcej niż niejedna analiza epistemologiczna współczesnej sytuacji wiedzy.

Coś jednak było w tym serwisie czego pozostałe są pozbawione. Pomimo zamknięcia Gigapedii trzeba nadal śledzić efekt jaki wywarła na rzeczywistość.

 

Reklamy

Ukazała się moja książka: Bóg cyborgów. Technika i transcendencja

Ukazała się moja książka Bóg cyborgów. Technika i transcedencja – efekt moich wieloletnich badań nad dynamiczną relacją techniki i transcedencji, która prowadzi do wyłonienia się hybryd techniki i transcedencji.

Tutaj można zapoznać się ze spisem treści oraz dwoma opiniami o książce.

Można ją zamówić na stronie wydawnictwa  lub też pisząc do sekretarza wydawnictwa dr Sławomira Springera na adres:  springer@amu.edu.pl.

Póki co jest także dostępna w księgarni Wydziału Nauk Społecznych UAM (bud. D).

Serdecznie zapraszam do lektury oraz dyskusji na tematy poruszane w książce 🙂

Transmisja pasożytnicza – artykuł dostępny online

Ukazał się właśnie kolejny numer Panoptikum poświęcony telewizji, ale nie tylko. Interesujące ujęcie teoretyczne prezentuje Agnieszka Doda-Wyszyńska , która wskazuje na to, że transmisjyjność dokonywana przez media techniczne wiąże się koniecznie z częściwą utratą obecności (ale rozumianą już nie w kategoriach jakiejś traumatycznej straty, ale konieczności wynikającej z logiki działania mediów). Na uwagę zasługuje tekst Łukasza Greli, który analizuje progresywne anime. Pozostałe teksty także są interesujące – możliwe, że jeszcze wrócę do ich opisu na blogu.

Zapraszam do lektury i dyskusji nad moim tekstem „Tranmisja pasożytnicza”, który został w nim opubllikowany.

Staram się w nim pokazać, że współczesna kultura mediów technicznych działa jak pasożyt (w zmodyfikowanym rozumianiu, które sformułował Michel Serres).  Ten tekst wpisuje się także w dyskusje poswięconą dzieleniu się zasobami, piractwem wskazując na to, że pasożytowanie przybiera formę esencjalną dla kultury, ale w rozumieniu esencjalnego mechanizmu dystrybucji.

Tekst dostępny jest tutaj: Transmisja pasożytnicza.

Powietrze jako medium. O „The Life of Air” pod redakcją Moniki Bakke.

„The Life of Air. Dwelling, Communicating, Manipulating” red. Monika Bakke, 2011.

Książka składa się ze wstępu i artykułów, które można wywołać poprzez klikanie na poszczególne linki:

http://www.livingbooksaboutlife.org/books/The_Life_of_Air

Wprowadzeniem do artykułów jest przedmowa redaktorki, w której ukazuje w jaki sposób powietrze stanowiące główne medium komunikacji między zwierzętami i roślinami zostało często pomijane. Pozycja ta jest próbą zwrócenia uwagi na pewną ignorancje i niedopatrzenie w tym temacie, którego efektem ma być dowartościowanie powietrza, ale nie tylko w sferze konceptualnego uznania, ale jego ponownej integracji do szeregu praktyk ludzkich, z których zostało wykluczone lub pominięte.

We wstępie dowiadujemy się także, że: „Wiadomości wyrażające pragnienie, ostrzeżenie i instrukcje przeżycia są ciągle przesyłane w powietrzu przez rośliny i zwierzęta”. Tymi słowami Monika Bakke ustanawia „kulturę techniczną” fauny i flory. Powietrze jest zatem pierwotnym medium transmisji danych – czymś w rodzaju naturalnego internetu. Przyznam od razu, że daleki jestem od postawy technokratycznej, jednak biologię wykorzystuję głównie do zrozumienia technologii (choć do pewnego stopnia jest także odwrotnie). Pojawia się zatem tutaj istotna kwestia: filozofia zapomniała o powietrzu, natomiast religia nie (było ono obecne pod postacią pneumy). Jednak każdy oddech należał do Boga (względnie do człowieka) – pozostałe byty zostały wykluczone z dyskursu religijnej. Oczywiście jest to właściwie w większości dla myśli świata Zachodu, ponieważ w taoizmie źródłowy związek pomiędzy powietrzem a rzeczywistością został utrzymany, podobnie też w przypadku hinduizmu i buddyzmu, gdzie oddychanie przysługuje wszystkim istotom i stanowi podstawę wielu praktyk życiowych. Dlatego też pamiętałbym o tym, że oddech nie wszędzie był równomiernie wykluczany z filozoficznej dyskursywności. Tutaj kultury Wschodu mogą okazać się ogromną inspiracją by raz jeszcze przemyśleć rolę powietrza (zarówno w sensie metafizycznym, jak i czysto materialno-technologicznym).

Pozycja ta silnie kojarzyła mi się z projektem sferologii Sloterdijka, który stara się także wskazać na współczesną rolę powietrza, które jest przedstawiane przez niego jako medium kapitalizacji i militaryzacji bytu. Przeciw takiemu ujęciu sprzeciwia się redaktorka oraz poszczególnie autorzy zgromadzonych w tym tomie artykułów.  Nie mam zamiaru komentować wszystkich zebranych artykułów,  skupię się raczej na tych materiałach, które szczególnie mnie zainteresowały. Większość z nich odwołuje się do medycyny, biologii oraz innych nauk – są one we wstępie do tomu poprzedzone krótkim streszczeniem, jednak ciężar interpretacji spoczywa na czytelniku. Jednak nie chodzi nawet o tą trudność – myślę, że wartością jest tutaj sama próba umieszczenia tekstów naukowych w spójnej całości z tekstami/projektami artystycznymi. Dzięki temu sztuka przestaje być ilustracją tez naukowych czy ogólnych tez filozoficznych, stając się integralną częścią myślenia powietrza, którym jak mniemam jest samo oddychanie. Pisząc te słowa oddycham, robię to w pewnym środowisku, coś ułatwia mi oddychanie (mogą przewietrzyć pomieszczenie, w którym się znajduję) lub je utrudnia (np. kurz książek). W ten sposób powietrze przestaje być rozumiane tylko na sposób ilościowy, stając się częścią obwodu-ekosystemu powietrza. Oddech przestaje być czymś oczywistym.

Pierwszym z nich jest projekt Oxygen Towers Jarosława Kozakiewicza, który jest próbą zbudowania „płuc miasta”. Warstwa natury, kultury symbolicznej i technologicznej zostaje zintegrowana w funkcji oddychania.  Jakkolwiek taka zapowiedź brzmi przekonującą, to stanowi raczej pewien postulat, za którym stoi wola transformacji przestrzeni miejskiej niż jej konkretna możliwość. Pytanie pozostaje otwarte: kto lub co oddycha? Czy samo stechnicyzowane, przemysłowe miast także oddycha? (na oddech tego miasta składałyby się oddechy jego uczestników). Tak też odczytuję pozostałe artykuły zebrane w tym tomie: jako możliwości przemyślenia kwestii powietrza, nie zaś jako pewną spójną propozycję, która wymagałaby jakiegoś continuum lektury. Bardziej widziałbym jego zaletę w inspiracji, niż w dostarczeniu konkretnej wiedzy ze względu na interdysycplinarność tekstów składających się na tom.

Do tego podejścia przekonuje mnie tekst Learning to fly: inspiration and togetherness autorstwa Ruud Kaulingfreks, gdzie wskazuje między innymi na fakt, że doświadczenia powietrza wymaga określonej wrażliwości. Powołuje się tutaj między innymi na twierdzenia Michela Serres’a, który wskazuje na to, że język jest często niewystarczającym narzędziem do tego, by móc dostrzec subtelne medium transmisji anielskiej obecności. Serres bowiem w książce Angels: A Modern Myth uniwersalizuje postać anioła do medium komunikacji. Kaulingfreks w tym kontekście twierdzi, że „otrzymywać inspiracje – to jak oddychać powietrzem” (s. 6). W tym sensie powietrze zostaje wyniesione do poziomu subtelnego medium transmisji, które komunikuje różne inspiracje. Tekst ten jest w podwójnym sensie lekki: zarówno ze względu na sam styl, jak i zarysowany punkt odniesienia, którym jest bierność inspiracji – inspiracja unosi się raczej w powietrzu, często będąc niepodatna na zabiegi organizacyjne. Do tego właśnie dochodzi autor w konkluzji wskazując na to, że inspiracja jest czymś radykalnie różnym od organizacji.

Interesujące byłoby rozwinięcie żywiołu powietrza w zestawieniu z technologią codziennego użytku: mp3, telefonami komórkowymi, laptopami etc., czyli wszystkimi urządzeniami, z którymi i przez które także oddychamy lub zagłuszamy się na oddech innych. Nie chodzi o perspektywę animistyczną, ale o zauważenie tego jak powietrze funkcjonuje w codzienności życia podłączonego do różnych technologii. W tym sensie powietrze jest nadal medium komunikacji: przyspieszenie i zwolnienie oddechu jest reakcją na zmieniającą się florę i fauną informacyjnego biotechnosystemu (systemu kultury, którą współtworzy synteza elementów biologicznych i technologicznych).

 Sam projekt jest interesujący (jako zebranie istniejących w różnych miejscach tekstów) i poprzez dodanie elementów dyskursywnych (przedmowy-wprowadzenia) i multimedialnych (są one obecne na stronie, także na stronach projektów artystycznych, które można przesłuchać/obejrzeć). W tym sensie ta pozycja raczej inspiruje niż daje gotowy zestaw rzeczy do przemyślenia.

Filozoficzny aktywizm. Manifest anty-filozofii Borisa Groysa

„Wprowadzenie do anty-filozofii” – Boris Groys, przeł. J. Gilewicz, Oficyna Naukowa, Warszawa 2012.

Za najbardziej wartościową część książki uznaję wprowadzenie, w którym to Groys zaprezentował coś w rodzaju filozofii czynu.  Można dyskutować nad adekwatnością siły jaką autor przypisuje filozofii, jednak nie można przejść obojętnie wokół postulowanego przez niego filozoficznego aktywizmu. „Rozkaz każe zmieniać świat zamiast go objaśniać. Rozkaz każde być jak zwierze zamiast się zastanawiać. (…) Rozkaz każde zmienić własne ciało w ciało pozbawione narządów, narzuca myślenie ryzomatyczne w miejsce logicznego itd.”(s. 7). Jak nietrudno się domyślić to właśnie w rozkazie tkwi geneza anty-filozofii. Szkoda jednak, że Groys traktuje autorów jako odniesienie, nie służą mu oni zaś jako postaci pojęciowe własnego myślenia. Szkoda, że ten ton nie utrzymał się przez resztę książki utrzymując (często błyskotliwe) interpretacje dwudziestowiecznych filozofów.  To odwołanie do myśli Deleuze’a i Guattariego (chodzi oczywiście o słynne ciało bez organów i rhizome [kłącze]) nie jest niestety dalej rozwijane.  Postuluje on dalej, że „Najpierw trzeba zmienić świat, aby później ukazał się on w swej prawdzie”.  Uderza tym samym w pytanie o współczesną funkcję filozofii – jej wpływ na rzeczywistość społeczną. Szkoda, że książka jest pozbawiona adekwatnego zakończenia do tego manifestu, że właściwie się nie kończy. Z jednej strony można to interpretować jako niemożność zakończenia i spekulować czy nie chodziło o otworzenie furtki jakimś przyszłym anty-filozofiom, z drugiej zaś (przy mniej życzliwej interpretacji) można zastanawiać się czy zapał Groysa nie osłabł, czy nie zarzucił on idei prezentowanych w manifeście. Światło na tą kwestię niech rzuci analiza wybranych rozdziałów poświęconych XX wiecznym filozofom.

Za najbardziej interesujący uważam te poświęcone Heideggerowi i Derridzie. W przypadku niemieckiego myśliciela cały akcent został położony na przyszłość dzieła sztuki, na motywy futurologiczne (pojawiają się one także we fragmentach poświęconych innym filozofom, jednak nie zostają rozwinięte do postaci autonomicznych tez Groysa). Nie chodzi tutaj jednak o status dzieła u Heideggera, ale funkcję przyszłościową samej filozofii, to znaczy zdolność filozofii do przetrwania, do projektowania przyszłości (uległem wrażeniu, że mimo wszystko Groys świadomie wybierał tych myślicieli, którzy w ukryty sposób stanowią „materiał dowodowy” dla formułowanego przez siebie manifestu). Sztuka jest uzależniona od przyszłości rozumianej metafizycznie, nie zaś od poszczególnych dzieł.

Analizując Derridę odwołuje się możliwości apokalipsy. Groys streszcza Derridę, który chroni się przed apokalipsą w bibliotece. Tak metaforycznie określam zabieg jakiemu poddaje się francuski filozof, bowiem wskazując na nuklearne zagrożenia, które będą realizacją apokalipsy (wciąż ponawianej w dziejach), ogranicza się do refleksji nad tekstami kultury. Jego obiektem zainteresowania jest „archiwum”, dziś powiedzielibyśmy baza danych, czyli globalne medium zapisu informacji. To wraz z jego zniszczeniem widzi ostateczną apokalipsę.  Zatem odnosi się ona do tekstów kultury, nie zaś do rzeczywistości pozatekstowej lub raczej – Derrida chroni się przed apokalipsą w bibliotece. Dopiero gdy ta zostanie zniszczona, to przyzna on, że nastąpiła apokalipsa. Odwołanie do technologii jako medium apokalipsy także się pojawiają, jednak wciąż drażni fakt, że przestrzenią odniesienia jest sam tekst.

Na wspomnienie zasługuje jeszcze fragment „Czy internet jest super?”, w którym Groys twierdzi, że uśpione ciało użytkownika komputera zostaje wybudzone przez instalację. Ta forma sztuki ma bowiem siłę zdolną do tego, bo przypomnieć o istnieniu ciała. Reszta uwag jest stosunkowo wstępnej natury, bowiem porównuje on internet do mediów literackich – tutaj nie można spodziewać się niestety żadnej nowej analizy.

Właściwie cała książka dotyczy mediów technicznych w ten czy inny sposób, to znaczy w ukrytych i jawnych odwołaniach. Wagner zestawiony z McLuhanem zyskałby wiele gdyby ich twórczość została odniesiona do współczesnych mediów elektronicznych (książka jest z 2009 roku), a tak materiał, do którego odwołuje się Groys należy najczęściej do mediów zimnych i gorących znanych z typizacji McLuhana. Oczywiście pojawiają się odwołania do sztuki interaktywnej, jednak stanowią raczej pewien wyjątek niż regułę w tej książce.

Podsumowując: książka jest interesująca, jednak z pewnością nie stanowi całości w żadnym sensie. Raczej można ją uznać za klasyczne dzieło otwarte – na dalsze interpretacje, inspiracje. Styl pisarstwa Groysa jest interesujący, nie męczy nadmiarowością przypisów przedstawiając raczej własne interpretacje, z którymi zdecydowanie warto się zapoznać. Jednak zabrakło mi odpowiedzi na pytanie, zresztą nie postawione w książce, jaki rozkaz wydaje „filozofia internetu”? Chodzi o zapytanie o to, czy anty-filozofia jako filozofia rozkazu i czynu będącego jego konsekwencją znajduje swoją kontynuację? Ten temat pozostawiam do przemyślenia, jednak nie wiem czy istniałaby tutaj jednoznaczna odpowiedź. Może próbą udzielenia takowej byłaby najnowsza książka Briana Massumiego Semblance and Event, która pokazuje jak sztuki produkuje wydarzenia (nie będąc korelatem innego rodzaju aktywności).  Odpowiedź Groysa zmierzałaby w tym samym kierunku, do uznania sztuki jako anty-filozofii przyszłości.

„Bezimienny” Bóg. Kilka uwag o „Imionach Boga” Dominiki Oramus

„Imiona Boga. Motywy metafizyczne w fantastyce drugiej połowy XX wieku” – Dominika Oramus, Universitas, Kraków 2012.

Książka jest interesująca jako rodzaj kompendium. W sposób jasny oraz bardzo komunikatywny zdaje relacje z treści poszczególnych utworów science fiction. Jest to bardzo ważna próba prezentacji tego, że popkultura nie pozostaje obojętna na metafizykę, wręcz przeciwnie – wyraża ją, w kolejnych dziełach polemizuje także z tradycją, czy też nawet wprowadza własne „herezje” lub wskazuje na konieczność sformułowania nowej metafizyki. To wszystko powoduje, że już z tego powodu książka ta zasługuje na uznanie. Dlatego też należy docenić sam pomysł.

Zdaje sobie sprawę, że nie jest to książka filozoficzna, jednak dosyć mocno odczuwałem niedosyt chociażby brak podstawowego dla metafizyki – czym ona jest, jak się realizuje, jaki pogląd wreszcie na nią ma sama autorka. Nawet nie chodzi o doprecyzowanie relacji pomiędzy metafizyką, religią i mistyką, ale określenie co w końcu odróżnia metafizykę od science fiction, a co jest jej podobne. Te odniesienia pojawiają się jakby przy okazji konstruowanego przez autorkę wywodu, lecz nie są komunikowane wprost. 

Przyznam, że fortunniejszym tytułem byłaby zamiana motywów metafizycznych na religijne, bowiem to właśnie do nich odnosi się najwięcej Sam tytuł byłby bardziej intelektualnie prowokujący gdyby został odniesiony do faktycznych, znanych z historii religii i mistyki, imion Boga. W ten sposób możliwym stałoby się wywiedzenie wątków metafizycznych ze śmieci (tam bowiem autorzy science fiction poszukują Boga – już nie w świątyniach, czy innych miejscach przejawiania się sacrum). Na ostatniej stronie książki dopiero pada uzasadnienie dlaczego prezentowane utwory odnoszą się głównie do metafizyki chrześcijańskiej. Dominika Oramus udziela następującej odpowiedzi: „bo do chrześcijan jest ona kierowana jako do dominującej grupy odbiorców”. Metafizyka jest zatem zależna od popularności danego wyznania. Jednak gdy spojrzymy na wcześniejszy akapit, to autorka (w manierze wrzucania wszystkiego do jednego worka) wymienia dalekowschodnich guru i mistyki instant jako „popkulturowe odpadki”. Sądzę, że ten wartościujący ton winien być poparty jakąś tezą/metafizyczną deklaracją autorki, bowiem przejawia się on także wcześniej w książce i zastanawia właściwie do czego miał on prowadzić. Skoro pojęcia/byty takie jak Bóg, Absolut pisze z dużej litery, to warto aby nawet jeśli nie pada bezpośrednie wyjaśnienie tego zabiegu, to zyskało inny kontekst, niż ten wynikający z argumentowaniem metafizyki w oparciu o popularność utworów science fiction i rynek.

Przyznam, że sama refleksja nad religią dotyczy raczej podstawowego poziomu – autorka rzadko sięga po teorie religijne i metafizyczne raczej podkreślając ich rangę poprzez otaczanie ich metafizycznymi słowami-kluczami: Bóg, Absolut, Opatrzność. Nie wiem przy tym czy te pojęcia działają w dziele, czy też przekładają się na rzeczywistość – tutaj warto byłoby rozwinąć np. interpretację dotyczącą Rona L. Hubbarda, który rozpoczął karierę jako pisarz science fiction, skończył zaś ją jako autor „Dianetyki” i twórca scjentologii. Ten przypadek graniczny jest interesujący nie tyle ze względu na postać Hubbarda, co na status samej science fiction, która może przejść w jakąś postać metafizyki.

Chciałbym, że tak książka była pretekstem do sformułowania przez autorkę własnego stanowiska dotyczącego związku religii i metafizyki z science fiction, ale już w bezpośredni sposób, nie zaś w formie spontanicznie pojawiających się wartościowań, które zresztą należy wydobywać, bowiem pojawiają się zupełnie nieregularnie. Istnieją też wartościowania pozytywne, które wyrażają coś w rodzaju nadziei autorki, że science fiction stanowi odbicie jakiegoś metafizycznego wymiaru. Troską z jaką Dominika Oramus podkreśla pozytywne aspekty istnienia Boga w science fiction pozwala myśleć, że sam dobór dzieł stanowi już rodzaj dowodów metafizycznego, jednak takie wyliczenie raczej do tego nie wystarczy, pozostawiając u czytelnika pewien niedosyt. W innym wypadku Bóg opisywany przez Dominikę Oramus pozostanie bezimienny, metafizycznie niemy.

Ludzkośc i wewnętrzny kosmos

John Smart proponuje teorię, w której ludzie ulegną miniaturyzacji i będą żyli w jakimś mikrokosmosie – temu właśnie odpowiada ta idea inner space (wewnętrznego kosmosu), znana skądinąd z twórczości pisarza science fiction – Ballarda. Wszystko to zgodnie z teorią łączącą rozwój i ewolucję (evo-devo). Ciekawe jest to, że transhumanizm w jego skrajnie futurologicznych odmianach nieodmiennie popada w metafizykę zwracając się ku podstawowym pytaniem dotyczącym istnieniu człowieka (choć niekoniecznie na nie odpowiada).

Tutaj jest link do jednego z wystąpień Smarta: