Internetowatość – czy można esencjalizować internet?

Zastanawia mnie na ile i w jaki sposób można patrzyć na Internet jako jednolite medium w takim sensie, w jakim kwalifikował je Marshall McLuhan wyróżniając media zimne i gorące. W przypadku konwergencyjności (Internet może dostosowywać się do transmisji wszelkich danych w dowolnych konfiguracjach) oraz potencjału remediacyjnego (Internet wchłania poprzedzające go media, odnosi się do łączenia transmisji właściwej dla kina, telewizji, gazety) a także emulacyjnego (możemy odtwarzać w Internecie bezpośrednio inne media za pośrednictwem specjalnie przygotowanych do tego aplikacji)  trudno byłoby wyróżnić jednolitą charakterystykę oraz naczelną właściwość tego medium. Pozostawianie go w sferze metamedium także nie wyczerpuje tematu zwracając refleksję w stronę abstrakcji, czy też ujęć systemowych, które przybliżają zdecydowanie jego istotę poprzez usytuowanie refleksji w kontekście technologicznym – materialnych środków przekazu oraz technicyzacyjnym obejmującym szersze zmiany w obrębie kultury. Same nie wystarczają jednak do jej określenia, dlatego też proponuję problematyzować tą kwestię zwracając się gdzie indziej.

Oczywiście nie chodzi o redukcję Internetu do bliżej nieokreślonej istoty, ale odkrycie istoty globalnego medium pojmowanej fenomenologicznie. Fenomenologię pojmuję tutaj w sposób najbardziej podstawowy – jako naukę o tym,  co się jawi.  Pytam zatem – jak jawi się Internet? Ujmowana miałaby być w ten sam sposób w jaki można mówić o tym, że wszystkie fenomeny dzielą tą samą cechę pozwalającą na wyróżnienie ich dystynktywnej właściwości. I tak możemy mówić o „krzesłowatości”, „stołowatości”, „papierowatości”. W analogiczny sposób pytam zatem o możliwą „internetowatość”. Esencja Internetu jest jego istotą – ale czy coś takiego może istnieć? Na ile światy różnych użyć tego medium nie powodują rozbicia rzeczywistości na wiele autonomicznych ontologii regionalnych? Porządków rzeczywistości związanych z nawykami technologicznymi świata codziennego, które wyznaczają to w jaki sposób możemy myśleć o przywołanej tutaj „internetowatości”.

Przywołane wcześniej przykłady nie mają oczywiście reifikować tego medium, umieścić go pomiędzy krzesłami a stołami, ale zwrócić uwagę na to, co z perspektywy fenomenologicznej dokonuje się za jego pośrednictwem. Czy globalna wioska jest odpowiedzialna za wytworzenie jakiegoś ludycznego panfenomenu? Czy też mamy do czynienia z różnymi fenomenami – internetowatość jawiłaby się zatem jako matryca-fenomenów, które nie miałyby już statusu przedmiotów (nie tylko), ale procesów, relacji oraz zdarzeń.

Myślę, że na postawione w tytule pytanie odpowiem po próbie redukcji ejdetycznej, która pozwoli mi zawiesić sądy związane z powszechnym użytkowaniem Internetu, czyli naturalnym nastawieniem. Gdy Internet przestanie być portalami informacyjnymi, społecznościowymi i stronami, z których można pobrać dane, może będzie jawił się w inny sposób. Oczywiście takie pojmowanie Internetu jako idei – czystego fenomenu pozwalającego dojść do internetowatości powinno prowadzić do zrozumienia tego medium, które nie ogranicza się do myślowej syntezy jego najpopularniejszych wykorzystań w filozoficznej manierze. Raczej jest to eksperyment myślowy, który zwraca nas ku pytaniom ontologicznym, ale i estetycznym i etycznym. Mam jednak uporczywe przeświadczenie, że próbując zawiesić sądy dotyczące Internetu i dokonać redukcji ejdetycznej, na jednym eksperymencie się nie skończy.

4 uwagi do wpisu “Internetowatość – czy można esencjalizować internet?

  1. A widziałeś kiedyś Internet? Bo ja widzę tylko różne dokumenty w mojej przeglądarce, nazwy, pod którymi się ukazują. Czasem, gdy błąkam się po uniwersytecie jakiś router, a to switch, serwer, tudzież patch panel czy spaghetti ze skrętki. Ja się zastanawiam czy Internet istnieje czy to nie jest jakiś nasz zbiorowy omam i efekt błędu epistemologicznego wynikającego jak zawsze ze „świętowania języka”. Błogosławieni, ktorzy nie widzieli a uwierzyli!

    • Widziałem! Nie chodzi mi tylko o społeczną konstrukcję tego medium, w której Internet się ukazuje się w dyskursywności dnia powszedniego: „można coś sprawdzić w Internecie”, „czy masz Internet?” (sic!), „Internet mi powiedział”. Zdaje się, że przeniknął on niepostrzeżenie jako coś zupełnie materialnego (immaterialnego). Zgadzam – nie chodzi o dystynkcje pomiędzy WWW a Internetem, czy doszukiwaniem się kolejnych płaszczyzn technologii, ale zwrócenie uwagi na to, że Internet to byt zreifikowany. Pomimo tego trudno mi wyłonić jakąś cechę wyróżniającą to medium spośród innych – tą internetowatość. Bo co jest wspólne milionom użytkowników wykorzystujących globalną sieć?

      Oczywiście rozwiązanie z technologicznego punktu widzenia nie jest skomplikowane – internetowatość oznacza połączeniowość. Jednak zostaje ono skomplikowane o płaszczyznę społecznej konstrukcji.

      Ale w jakim sensie miałby on funkcjonować jako zbiorowy oman? Czy twierdzisz, że „wierzy się” w Internet?

      • „Bo co jest wspólne milionom użytkowników wykorzystujących globalną sieć?” fascynacja i uzależnienie. Ludzie rezygnują z telewizora, radia, skrajnie telefonu jednocześnie zachowując – z reguły – dostęp kanału internetowego. Więc taka definicja tej twojej internetowatości mi sie nasuwa: internetowatość to potencjalność komunikacyjno-informacyjno-rozrywkowa, zawsze gotowa do aktualizowana. A co do owego omamu to tylko potraktowanie Internetu nominalistycznie. Spojrzenie na Internet jako na li tylko zbiór urządzeń i treści tą drogą dostarczonych. Czyli Internet jako konkretny fakt zaistniały w np. w Twojej przeglądarce (załadowanie się rafalilnicki.pl). Gdy się nie ładuję potocznie mówi się, że „Internet nie działa”. To pewna wskazówka, że ta zreifikowana rzeczywistość cyberprzestrzeni konstruuowana społecznie, którą chcesz ująć, funkcjonuję raczej jako pewien fakt dziejący się w konkretnym czasie i przestrzeni. Internet to wydarzenie się czegoś na ekranie monitora. Te wszystki kable i routery tylko do tego służą. Stąd moje dość banalne stwierdzenie o omamie.

      • Tak, to jest dokładnie ten trop myślowy, bo chodzi tutaj o aktualizację na żądanie, natychmiast.

        Nie zgodzę się na kwalifikowanie tego twierdzenia jako banalnego, bowiem demaskuje ono całą maszynerię złudzeń, czyli obecność kabli, ekranów, urządzeń obliczeniowych niezbędnych do tego, by móc coś zaktualizować – elektronicznego przemysłu ciężkiego. Jest to tym bardziej kuriozalne, że Internet przeważnie jako pewna idea, pewien fenomen określany jako medium wolne i wyzwalające, czyli takie, które niesie ze sobą pewien poziom lekkości ontologicznie pojętej jako uwalnianie. W tym kontekście rzeczona internetowatość odnosi się do fenomenu bez podłoża – trudno bowiem te dwie kwestie pogodzić.

        Dlatego też trudno brać w nawias samo branie w nawias (w kontekście powyższych tez można powiedzieć, że sam Internet-Internetowatość dokonuje epoche biorąc w nawias całą tą ciężką maszynerię elektronicznego świata). Takie uwikłanie fenomenu jest niezmiernie problematyczne, bowiem technologia wykonuje fenomenologiczną brudną robotę, ale jest to niestety fuszerka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s